Serce czyste, o którym mowa w dzisiejszym psalmie powinno być ważnym zadaniem dla każdego z nas podczas Wielkiego Postu. Tak, aby Zmartwychwstanie Jezusa nie było tematem przewodnim w kościele, ale realnie nastąpiło w sercu każdego z nas. Słowami psalmu prosimy Boga o stworzenie w nas takiego serca. Jednak oprócz Bożej pomocy musimy w tej sprawie także sami popracować. To właśnie po to są nauki rekolekcyjne, nawoływanie do nawrócenia oraz zachęta do skorzystania w tym czasie z sakramentu spowiedzi.
Podczas rekolekcji wątpię, by nawet najlepszy kapłan powiedział nam coś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy. To nie są nauki typowo szkolne, dzięki którym mamy zdobyć nową wiedzę. To tylko lub aż przypomnienia o sprawach, o których zapominamy pod wpływem prozy życia. Rekolekcje to taka kilkudniowa okazja, żeby zatrzymać się i przemyśleć nasze życie duchowe. Każdy może znaleźć takie zdanie lub kilka zdań, które trafią właśnie do niego. A co jeśli ani trochę słowa rekolekcjonisty nie trafiają do nas? W czasach, kiedy to większość z nas ma dostęp do internetu, nie jest to sytuacja bez wyjścia. Jeśli ktoś czuje, że parafialne rekolekcje nie były dla niego owocne, może wysłuchać nauk online. Wybór jest naprawdę duży i warto korzystać także z materiałów w tej formie.
Człowiek jest grzeszny z natury i idealny nigdy nie będzie. Bóg nie oczekuje od nas ideału, pragnie tylko naszych starań i to właśnie je docenia. Nie ocenia efektu, tylko dostrzega i docenia nasz trud, który wkładamy w pracę nad sobą. Nie zawsze będziemy w stanie całkowicie się wyzbyć danego grzechu, będą potknięcia, będą upadki. Ale to od nas zależy czy będziemy leżeć i trwać w tym grzechu, czy kolejny raz powstaniemy i spróbujemy ze wszystkich sił wyrzec się zła. To jest właśnie nawrócenie, zastępowanie zła dobrem. Proces trudny, ale wartościowy. Jeśli damy z siebie 100% wtedy możemy wołać do Boga z prośbą o serce czyste.
Nawrócenie jest kwestią decyzji, potem przychodzi czas na czyny. Unikanie złych i podejmowanie tych dobrych. Najpierw trzeba jednak rozliczyć się z tego, co było wcześniej. Oczyścić serce i dbać, aby jak najdłużej było on w tym stanie zachowane. Tym oczyszczeniem jest oczywiście spowiedź. Najtrudniejszy sakrament dla wielu z nas. Bo trudno się opowiada drugiemu człowiekowi o swoich potknięciach, często są to bardzo intymne sprawy. Warto pamiętać, że mówimy o tym do Boga, a kapłan jest tylko pośrednikiem. Wydaje się to takie oczywiste, ale jednak ludzkie odczucia robią swoje.
Dobrego spowiednika ciężko znaleźć. Na bardzo złego też nie tak łatwo trafić. Najczęściej trafimy prawdopodobnie na przeciętnego. Warto jednak szukać takiego kapłana, dzięki któremu nasza spowiedź będzie pełna. Bo będzie ona taka, kiedy poczujemy w tym konfesjonale miłosierdzie Boże, a nie osądy i pretensje. Spowiedź nie jest po to, żeby dobijać człowieka. Ona ma leczyć nas duchowo i oczyszczać. Pamiętajmy, że w sytuacjach skrajnych możemy odejść od kratek konfesjonału. Jeżeli kapłan oskarża nas, obraża czy wręcz krzyczy to mamy prawo nie zgadzać się na taką formę spowiedzi. Bóg wie kto i w jaki sposób zgrzeszył, nie czeka na nas, by robić wyrzuty czy krzyczeć, kiedy się do tego przyznamy. Kapłan nie jest Bogiem, dlatego jego reakcje nie są najważniejsze. To tylko człowiek, który również może zbłądzić. Ma odpowiedzialne zadanie i to on będzie z niego rozliczony.
Niewiele już zostało Wielkiego Postu, mało mamy czasu na swoją przemianę. Dlatego nie warto jeszcze bardziej zwlekać. Bóg chce Ci dać to czyste serce, tylko Ty też powalcz o nie i pokaż, że naprawdę Ci na nim zależy.
Grzech jest całkiem atrakcyjny. Jest łatwy do osiągnięcia, często przyjemny i wydaje się wręcz, że daje człowiekowi wolność. Mogę zrobić, co chcę, nic mnie nie ogranicza, nie muszę się powstrzymywać, więc jestem wolny! Pierwszy człowiek zgrzeszył i dalej już poleciało, o czym niejednokrotnie przeczytamy i w Starym i w Nowym Testamencie. Grzeszymy i my, mniej lub bardziej. I w sumie nic dziwnego, jesteśmy przecież słabi i podatni na grzech. Nie ma na ziemi człowieka bez grzechu. Skoro więc i tak grzeszymy, a często te grzechy są całkiem fajne to po co walczyć ze sobą? Po co walczyć ze swoją naturą? Przecież gdyby Bóg chciał, abyśmy nie grzeszyli, to takich by nas stworzył, o! A skoro stworzył nas grzesznych, to widocznie tak ma być.
Bóg nie chciał jednak tworzyć marionetek, które będą uzależnione od Niego. Dał człowiekowi wolną wolę i rozum. Dzięki temu człowiek może robić, co chce i nawet jeśli robi źle, to Bóg się nie wtrąca na siłę. Człowiek wie, jakie są konsekwencje jego wyborów, wie co, może zyskać, co stracić, ale może sam sobie wybrać to, na czym mu zależy. Chcesz się skupić na ziemskich przyjemnościach? Grzesz sobie do woli! Wiara i relacja z Bogiem nie jest tylko czarna albo biała. Nie wygląda to na zasadzie — grzeszysz, to jesteś od razu skreślony. Nawet jeśli świadomie i dobrowolnie grzeszysz, to nie jesteś stracony. Cały czas możesz zmienić zdanie. Tylko musisz chcieć. No właśnie, to nie sama grzeszność świadczy o człowieku i jego szansie na zbawienie, ale to czy on chce walczyć z tym grzechem, czy chce go unikać, czy próbuje coś robić. Bóg do niczego nas nie zmusza, tylko proponuje, zachęca. Mówi jak mamy żyć, co mamy robić, ale decyzja i wybór należą do nas.
Grzech nie daje wolności, on nas ogranicza. Wolność może dać wiara, bo to właśnie ona pozwala na wybór. Człowiek wielokrotnie może wyrzucić ze swojego życia Boga, przekreślić Go. Ale Bóg nigdy nie rezygnuje z człowieka i nigdy go nie przekreśla. To jest właśnie ta Jego wielka miłość. Możemy nagrzeszyć na maxa i jeśli tylko szczerze chcemy się zmienić, to Bóg czeka na nas, wybaczy, przygarnie i nawet ucieszy się z naszego powrotu. Takie zasady nie występują w praktycznie żadnej relacji międzyludzkiej, więc trudno to sobie wyobrazić.
Przyjemności ziemskie dają pozorne szczęście, ale trwają tylko jakiś czas. Łatwo po nie sięgnąć i to szczególni kusi, ten brak wysiłku w skorzystaniu z nich. Ale pamiętajmy, że od naszych wyborów zależy, co będzie z nami po śmierci. Jeśli jednak postaramy się, będziemy unikać tych ziemskich „radości”, płynących z grzechu to mamy szansę na szczęście, które nie ma końca i jest prawdziwym szczęściem.
Wielki Post to szczególna okazja, by chwilę się zastanowić, co jest dla nas ważne. Czy ważniejsza jest przemijająca przyjemność w łatwej formie, czy trochę trudniejsza droga do szczęścia wiecznego? Wybór należy do Ciebie.
Dekalog jest (a raczej powinien być) zbiorem najważniejszych zasad, którymi mamy kierować się w naszym życiu. Przede wszystkim życiu duchowym, ale nie tylko. Bo jeśli spojrzeć na przykazania Boże to oprócz trzech pierwszych pozostałe są po prostu zasadami moralnymi. Przestrzeganie całej dziesiątki jest nam potrzebne do zbawienia. Uczymy się ich przed przystąpieniem do pierwszej Komunii Świętej i w przypadku większości z nas zostają one w naszej głowie na całe życie. Można zapomnieć z czasem, jak brzmią przykazania Kościelne, jakie są uczynki miłosierdzia, trochę poprzekręcać główne prawdy wiary, ale przykazania Boże zostają. Łatwiejsze są już chyba tylko przykazania miłości. Można rzec, że one są takim dużym skrótem tego, jak mamy żyć, aby dostąpić zbawienia, natomiast przykazania Boże bardziej szczegółowo to określają. Przestrzeganie ich sprawia, że nasza wiara będzie żywa.
Bóg swoją miłość wyraził przez podarowanie nam Swojego Syna i wiara w Niego ma nam zagwarantować życie wietrzne. Przypominają nam o tym słowa dzisiejszej aklamacji. Krótko i na temat. Więc skoro wystarczy wierzyć, to po co jeszcze przestrzegać przykazań? Jednak one trochę wysiłku wymagają. A jeśli można tylko wierzyć… No wierzę przecież w Jezusa, że On istnieje. Warto przypomnieć sobie w tym momencie fragment Ewangelii, odczytywanej całkiem niedawno o kuszeniu na pustyni. Skoro szatan przyszedł do Jezusa, mówił do Niego, to tym samym też uznawał, że On istnieje. Więc wiarę w postaci uznawania istnienia nawet on ma. Jednak nie jest i nie będzie zbawiony. I tu szczególnie pasuje znane powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach. Bo wiara potrzebna do zbawienia to coś więcej niż tylko stwierdzenie, że Bóg istnieje. Za tym muszą iść czyny i przestrzeganie zasad. Mogę wierzyć, że Bóg istnieje, że Jezus zginął na krzyżu i mieć w nosie relację z Nim, nie zawracać sobie głowy Jego nakazami.
Warto zadać sobie pytanie — jaka jest moja wiara? Zastanowić się krótko nad nią. Nie muszą to być długie, filozoficzne rozważania. Wystarczy zapytać własne sumienie o to, czy gram fair. Czy moja wiara to tylko wyuczona przynależność, uznanie istnienia Boga czy może relacja, którą chcę rozwijać i pogłębiać?